poniedziałek, 3 grudnia 2018

O spektaklu „Rat Pack, czyli Sinatra z kolegami” z lekko mundialowym zabarwieniem


Jako kibic piłkarski jestem bardzo zdziwiony tym, co napiszę. Pewnego lipcowego dnia zamiast ćwierćfinału mundialu wybrałem spektakl w ramach IX Krakowskich Miniatur Teatralnych. I chociaż festiwal krakowski, to przedstawienie zostało przygotowane przez Teatr Muzyczny Capitol z Wrocławia. Przedstawienie o tytule „Rat pack, czyli Sinatra z kolegami”.
https://pl.freepik.com/darmowe-wektory/retro-mikrofon-tle_795639.htm#term=mikrofon%20muzyka%20retro&page=1&position=19

I proszę mi wierzyć, że nie byłem z początku zbyt pozytywnie nastawiony. Zamiast gwiazd amerykańskiej estrady lat 60. I 70. wolałem oglądać współczesnych piłkarskich herosów. Neymar wydawał mi się dużo ciekawszą postacią niż Frank Sinatra. Czy spektakl zmienił moje podejście?  Tak jak strzał Kevina De Bruyne wyeliminował Brazylię z mundialu, tak spektakl wyreżyserowany przez Konrada Imielę (skądinąd autora scenariusza i jednego z aktorów) wyrzucił ze mnie wszystkie uprzedzenia.
„Rat pack, czyli Sinatra z kolegami” to podróż w czasie i przestrzeni. 2018 rok stał się 1965, zaś Kraków Saint Louis. Sam spektakl stał się koncertem grupy „Rat pack”, do której należeli Dean Martin, Sammy Davis Junior i tytułowy Sinatra. Wszyscy widzowie chyba odczuli zmianę realiów, przecież na scenie pojawili się panowie ubrani w smokingi  i panie w suknie wieczorowe. Za nimi zjawił się kilkunastoosobowy big band pod kierownictwem Zbigniewa Czwojdy. Kluczowym jednak elementem owej „podróży” była muzyka. To właśnie ona skłoniła mnie do wniosku, że fascynacja amerykańskimi artystami miała jakieś uzasadnienie. Utwory   Everybody loves somebody”, „Fly me to the moon”, „New York, New York” czy „Mambo Italiano” szczególnie  zapadły mi w pamięć. Przekazywały sobą jakąś niesamowitą energię, która niejednego widza skłaniała do tańca.
Ale same piosenki byłyby niczym bez wykonawców. Powiedzieć o nich, że byli wyjątkowi to nic nie powiedzieć. Pierwszy na scenie pojawił się Dean Martin (Maciej Maciejewski). Piosenkarz i aktor o włoskich korzeniach dał się nam poznać jako bliski przyjaciel Jacka Danielsa i obiekt westchnień wielu kobiet. Następną osobą, którą zobaczyli widzowie był Sammy Davis Jr (Konrad Imiela). Sammy, czyli ciemnoskóry piosenkarz i aktor o żydowskim pochodzeniu  ukazał swój niesamowity głos i poczucie humoru (humoru, który nie znał terminu politycznej poprawności). Wisienką na torcie (choć żeby zachować piłkarski klimat, może lepiej powiedzieć za Tomaszem Hajtą „truskawką na torcie”) był występ Franka Sinatry (Błażej Wójcik), a więc prawdziwej muzycznej ikony lat 60. Ważną postacią dla spektaklu był konferansjer (Marek Kocot), łączący dzisiejsze czasy  z realiami, w których żyło nieformalne trio nazywane „Rat pack”.
https://pixabay.com/pl/frank-sinatra-1947-portret-1281484/

Piękna warstwa muzyczna zdecydowanie skłania do tańca i dobrej zabawy, ale też chwili refleksji. Frank Sinatra zaśpiewał ze sceny, że „poszedł swą własną drogą” w utworze „My way” (kapitalnie, jak zresztą wszystkie pozostałe, przetłumaczonym przez Rafała Dziwisza).  Nastąpiła pewna konfrontacja naszych „dróg” z historiami wielkich gwiazd minionych lat. Po usłyszeniu tak pięknych dźwięków ciężko nie wybierać owej „własnej drogi”.
Z tego miejsca chciałbym serdecznie podziękować Teatrowi Muzycznemu Capitol we Wrocławiu za piękny wieczór. Z pewnością piękniejszy od meczu. I choć bardzo lubię głos komentatorów sportowych, to nie równa się on z tym co zaprezentowali członkowie „Rat pack”. Artyści „poszli” własną drogą, można to różnie oceniać. Z pewnością w ich życiu nie brakowało pieniędzy, kobiet i alkoholu, ale i talentu. Skutki tego talentu można wciąż usłyszeć. I zapewniam, że przy słuchaniu nawet mundial schodzi na dalszy plan.

Daniel Czerniawski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz