poniedziałek, 14 września 2015

O kruchości życia słów kilka

Niespodziewanie mama zadzwoniła drugi raz piątkowego wieczora. Zawyłam z bólu. Powiedziała, że nie chciała mnie wcześniej martwić. Śmierć zapukała do drzwi. Wciąż nie mogę poradzić sobie z myślą o odejściu mojej nauczycielki, mentorki, osoby, która pokazała mi fantastyczne książki, niezapomniane filmy i wspaniałą muzykę...  

Autor: Piotr K


Poznałam ją kiedy miałam jakieś sześć lat, mieszkała w sąsiedztwie. Wydawać by się mogło, że dwanaście lat różnicy to bariera nie do pokonania. A jednak. Istniały większe przeciwności. Od początku stałam się tzw. „przylepą”. Chodziłyśmy na spacery, grałyśmy w gry planszowe, pomagała mi w zadaniach domowych. Dwudziestokilkulatki raczej nie mają ochoty spędzać czasu z małolatami, ale ona była wobec mnie cierpliwa, nigdy nie powiedziała niczego przykrego.
 
Miewała wzloty i upadki psychiczne, jak każdy. Ale mimo sparaliżowanego ciała nigdy się nie poddała. Pokazała mi, jak kochać i szanować swoje życie. Ona dostała drugą szanse od życia aparat do oddychania i wózek, dzięki któremu mogła się poruszać. 
 
Na urodziny zaprosiła mnie na koncert Marii Peszek. Zawsze o nich pamiętała i składała życzenia. Miała wiele marzeń i była bardzo ambitna. Mimo wszystkich przeciwności losu dążyła do celu. Była doktorantką polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, potem studentką Akademii Górniczo Hutniczej i wciąż chciała się rozwijać. Mówiła bardzo dobrze po angielsku, trochę po francusku. Uwielbiała muzykę rockową, to ona rozkochała mnie w brzmieniach Red Hot Chilli Peppers i Nirvany. Z nią chodziłam na zakupy zawsze się złościła, gdy mówiłam, że ubrania są drogie. Miała wyczucie stylu, który podkreślał jej piękne niebieskie oczy i kruczoczarne włosy. Żartowała ze mnie, jak tylko mogła. Kiedyś zabrała mnie do knajpy na ul. Św. Anny, gdzie zamówiłyśmy gorącą czekoladę z bitą śmietaną, a ja nie wiedziałam, jak mam ją wypić, miała ubaw.
Autor: Piotr K.

Nie umiałam pomóc, gdy zmarła jej mama. Byłam za młoda, po prostu chciałam spędzać z nią czas, najlepiej jak potrafiłam. Gdy tylko potrzebowała starałam się przy niej być. Przez ostatnie dwa lata robiłam to jednak za rzadko. 
 
Wszyscy biegają, pędzą, obiecują „tak, musimy się spotkać”. W czerwcu, przed moim wyjazdem do Holandii, odwiedziłam ją. Oddałam książki, odgrzałam obiad, chciała napić się jeszcze szampana (nie widziałyśmy się tyle czasu, że chciała to uczcić), ale się spieszyłam jak zwykle. Zostawiłam sobie jej ukochane „Sto lat samotności” i powiedziałam, że oddam po powrocie. Ale już nie zdążyłam. Gosia zmarła z czwartku na piątek w swoim mieszkaniu, odeszła bez pożegnania.

Męczy mnie ból po stracie przyjaciółki, ale także ból spowodowany tym, że tak mało czasu spędzałyśmy razem. Nie chodziłyśmy już na spacery, zakupy. Chciała pojechać gdzieś ze mną na wakacje, ale nigdy nam się to nie udało. 

Książkę sobie zostawię, a ją będę miała zawsze w swoim rozdartym sercu.


Wywiad z Małgosią Niedziółką można przeczytać pod tym linkiem: http://radiopryzmat.blogspot.nl/2015/04/nie-penosprawna.html

Karolina Walczowska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz