sobota, 27 stycznia 2018

Duet niezastąpionych

Wiecie, co? Może uznajmy, że istnieje na tym blogu kącik recenzyjny Karoliny Zuber, bo jak ktokolwiek mówi "hej Karola, napisz coś" i nie powie konkretnie, co to ma być, to mój mózg nastawia się na recenzję i uzbraja ten pomysł, żeby nic innego nie wpadło mi do głowy.
Chyba lubię stałe elementy. Jak pewnie niektórzy wiedzą, każda moja audycja kończy się tą samą piosenką zespołu Lyonn - "We'll light the sky". Recenzje też stają się czymś regularnym.
            Zazwyczaj podczas pisania tekstów muszę mieć całkowitą ciszę, muzyka niszczy moją wenę, ale jest jedna, która w swoich nutach niesie dla mnie inspirację. Także przy ulubionych dźwiękach zaczynam pisać...



***
            Tym razem nie będzie konkretnego filmu. Pisząc o tym duecie, nie sposób napisać tylko o jednym ich wspólnym dziele. Christopher Nolan – nazwisko niekoniecznie powszechnie znane jak np. Spielberg, ale  wszystkie najnowsze części „Batmana”, „Incepcja”, „Interstellar”… to chyba wystarczające wizytówki tego pana. Drugi z niezastąpionych, to nie kto inny, jak Hans Zimmer. Gdyby jednak wyżej wymienione (arcy?)dzieła nie wystarczyły do zidentyfikowania wybitnego kompozytora muzyki filmowej, to filmy takie jak „Gladiator”, „Król Lew” i „Piraci z Karaibów” powinny pomóc.
Oczywiście żadna z produkcji nie powstała za darmo, bez aktorów i szerokiej ekipy scenarzystów,  dźwiękowców, montażystów, charakteryzatorów i tak dalej, a żaden utwór bez licznej orkiestry. Wybitność tych dzieł  jest tworzona przez te wszystkie osoby, które jednak śmiało mogą być reprezentowane przez dwa najczęściej pojawiające się tu nazwiska.
Moja perspektywa pojawiła się zwyczajnie. Najpierw było ‘kółko wielbienia Leonardo di Caprio’, więc w trakcie odhaczania kolejnych filmów z jego udziałem na liście Filmweb, trafiłam na „Incepcję”. Obejrzałam raz, ale że film nie sposób pojąć po pierwszym seansie, obejrzałam także drugi, trzeci i piąty… To zrodziło zainteresowanie reżyserem i w łatwy sposób z pozycji pod „di Caprio” skierowałam swój wzrok na Nolana.
Widziałam wiele dobrych filmów z szeregu różnych wytwórni, lecz gdy ktoś zadaje mi pytanie „Który film jest twoim ulubionym?”, pozostawiam ten fakt dla siebie i medal za pierwsze miejsce przyznaję „Incepcji”. Nie tylko dlatego, że za tym tytułem kryje się wyszukana fabuła, zapierające dech w piersiach zdjęcia i efekty specjalne oraz nieprzeciętna obsada, ale także dlatego, że ta produkcja = Christopher Nolan i Hans Zimmer.

Ich więź jest tak silna, że planują oni współpracę długo przed powstaniem filmu. Mało tego, jest ona tak silna, że kompozytor wręcz nie może powstrzymać się od opowieści
o pracy z tym reżyserem i dzieli się nimi z publiką na koncercie live. Każdy utwór z ich wspólnego filmu był zaopatrzony w przedmowę, która zdradzała okoliczności powstawania dźwięków. Nie brakowało w nich Nolana.
Wielotysięczna widownia w krakowskiej Tauron Arenie  dzieliła się na tych, którzy przyszli ‘na znane nazwisko’ oraz tych, którzy z wielkim uznaniem spijali każdy dźwięk płynący ze sceny. Ci drudzy, słuchając koncertu, oglądali film pisany na nowo przez każdy instrument „pod batutą” Zimmera. I choć orkiestrze towarzyszyły często dynamiczne efekty świetlne, to na koniec wszystko zgasło, by kilka minut przed ostatecznymi brawami rozbrzmiał utwór „Time” stanowiący drugą stronę złotego medalu.
To właśnie czyni ten duet niezastąpionym – przyjaźń i wzajemne zrozumienie tworzą  całość i moim zdaniem żadna z ich wspólnych produkcji nie mogłaby istnieć tylko z jednym z tych nazwisk.

Namnożenie tylu pochwał zajęło mi sporo czasu. Krytykę lub zwykłe odczucia zdecydowanie łatwiej ująć w słowach, a w tym przypadku żaden wyraz nie wystawi odpowiedniej oceny. Najlepszą i najbardziej wiarygodną recenzją jest to, że owoce współpracy Nolana i Zimmera przyprawiają serce o szybszy rytm, a oczy
o łzy wzruszenia.
***
            Ten utwór brzmiał przez cały czas pisania recenzji i brzmieć będzie. Jest idealnym zwieńczeniem tekstu, jak i każdego dnia. A także, jak się okazało, całego koncertu Hansa Zimmera obfitego w wybitne dzieła. To, że "Time" zagrano na sam koniec, to bez wątpienia coś znaczy.
Więc *klik* - jeszcze raz

Karolina Zuber

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz