sobota, 28 kwietnia 2018

I nie jestem terrorystą


Kącik recenzyjny Karoliny Zuber część… Która to już? Jak pisałam w poprzednim tekście, gdy mam coś napisać, pierwsza do głowy przychodzi recenzja. Ten pomysł zakorzenia się bardzo mocno, bodźce z dużą prędkością zaczynają mknąć, uruchamiając zniecierpliwione palce, a następnie wracają, by szybciutko przeszukać pamięć w celu wynalezienia perełki filmowej lub książkowej idealnej do opisania. Tym razem ponownie ulegnę obrazowi z dużego ekranu, nie takiego powszechnego, bo bollywoodzkiego. Ale czy to będzie recenzja?

Ostatnio sporo uwagi poświęcam islamowi. A to przez pracę licencjacką, a to przez docierające newsy z różnych stron świata, a to dzięki spotkaniu z cyklu weCANdoit! i rozmowie z arabistką – Anną Wilczyńską. To wszystko ma znaczenie, ale teraz skupię się na filmie, który pokonuje stereotyp, że islam jest religią terrorystów, daje do myślenia i pomaga wyzbyć się odgórnego lęku przed wszystkimi muzułmanami, który towarzyszy dużej części światowej populacji.
„Nazywam się Khan” to dramat produkcji indyjskiej.
I w tym miejscu zmuszam się do opisania obsady, muzyki, montażu, dźwięku i tak dalej. Ale jak na złość, przy tym filmie, który wybrałam na temat główny mojego tekstu, mam z tym problem. Aspekty, które absorbują moją uwagę podczas seansów i są po kolei opisywane w recenzjach w tym przypadku schodzą na drugi plan. Oczywiście długometrażowa produkcja, trwająca ponad 2,5 godziny prezentuje dobrą pracę całej ekipy twórców, w tym charakteryzatorów, którzy delikatnie wprowadzają w bollywoodzki klimat. W filmie główną rolę odgrywa Shah Rukh Khan, który jest jednym z czołowych indyjskich aktorów.



To wszystko jest ważne, tworzy obraz. A co tworzy sens?  Film jest nad wyraz ponadczasowy – porusza temat nienawiści, wrogości, lęku z terroryzmem  w tle.
Obecnie ten temat nas przeraża i o to w tym wszystkim chodzi, by nas przestraszyć. Jednak nie można być zaślepionym, bo lęk dotyczy nas, jak i muzułmanów. To, że doznamy przykrości ze strony osoby o blond włosach nie oznacza, że każdy blondyn lub blondynka będą źli. Podobnie jest w tej sytuacji - to, że słyszymy o zamachach z rąk islamistów, nie oznacza, że wszyscy wyznawcy tej religii są tacy sami. Często oni również cierpią z rąk swoich ‘współbraci’.
Współcześnie trzeba sobie uświadomić, że muzułmanie to jedni z nas. To nie tylko wyobrażenia o ludziach z pustyni w turbanach na głowie. Chodzą i jeżdżą tymi samymi drogami, kupują w tych samych sklepach i tak jak my – są ludźmi.

To tylko prowizoryczne przykłady, jak ‘trzeźwo’ na to spojrzeć. Nie wszystkim to wystarcza, dlatego film „Nazywam się Khan” biegnie z pomocą. Tak jak 8 lat temu, tak i teraz może być kontrargumentem na stwierdzenie, że islam jest religią terrorystów. Pokazuje prawdę, że nie można przykleić wszystkim tej samej etykietki, bo w ten sposób krzywdzi się ich, ale także siebie, pogłębiając tylko już i tak zbyt duży lęk i uprzedzenie. „Nazywam się Khan” przedstawia także przekraczanie sztucznie postawionych barier, na przykład między religiami, klasami społecznymi czy ludźmi ‘zdrowymi i chorymi’. Ten film to przede wszystkim ukazanie woli walki. Główny bohater – Rizvan – chce oczyścić swoje imię, ocalić honor rodziny. Chce przekazać prezydentowi Stanów Zjednoczonych, swojej żonie, osobom na całym świecie, a także nam – widzom – tylko jedno zdanie: Nazywam się Khan i nie jestem terrorystą.

Karolina Zuber

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz