sobota, 25 listopada 2017

Przez PRYZMAT „klasyków”

O wielu rzeczach pisałam, w szkole, na studiach dziennikarskich, albo po prostu, żeby pisać, bo to uwielbiam. Jednak z pisaniem na bloga mam problem.
źródlo: pixabay.com


1)Eseje przepełnione głównie własną filozofią wsparte nieco przemyśleniami wielkich filozofów – no nie nadają się na wejście w „wieczną” sieć.
2)Analizy porównawcze wierszy lub odpowiadanie na postawione tezy w rozprawkach – nigdy nie były przekonujące w moim wykonaniu, bo NIGDY nie byłam (i nie będę!) za pan brat z pisaniem, by wstrzelić się w klucz odpowiedzi narzuconych odgórnie.
3)Własne wiersze – nie, to do szuflady.
4)Książka, której nie mam serca dokończyć – to tym bardziej do szuflady, tym razem nieco większej.
Nic z wyżej wymienionych tekstów nie przeznaczę na bloga. Ale gdy pisałam drugi punkt, pewne słowo zapaliło mi lampkę w głowie, a mianowicie wyraz „porównawcze”.
Jestem filmomaniaczką i ostatni film na liście obejrzanych ma trzycyfrowy numer zaczynający się cyfrą 6. Sporo tego mam i mogę rzec, że oglądałam filmy z każdej półki. Takie, które uważam za czas stracony, te przeciętne, ale w całej tej puli są także „moje klasyki”. Pisząc recenzje za każdym razem pozwalam sobie ulec chęci porównania produkcji do filmów najbardziej przeze mnie cenionych. Moją pasją jest ocenianie widowisk filmowych pod wieloma względami. Nie ograniczam się do podniesionego kciuka w górę! Interesuje mnie jaki budżet był do dyspozycji, kto zajmował się montażem, a także tworzę sobie sieć powiązań między ludźmi kina, np. gdy reżyser ma grupę swoich ulubieńców. Przykład, którego nie da się przegapić oglądając filmy Tima Burtona - ten pan = (najczęściej) Helena Bohnam Carter i Johnny Depp. Mam również swój ukochany duet, który jeszcze nigdy mnie nie zawiódł, a mianowicie Christopher Nolan i kompozytor Hans Zimmer.
Ale tym razem, ani o jednym, ani o drugim przykładzie, nie mniej jednak też o klasycznej grupie, czyli:
Spielberg i przyjaciele
Trudno znaleźć kinomana, który nie zna takich nazwisk jak Spielberg czy Hanks. Nawet jeśli zna tylko jednego, to nieświadomie kojarzy drugiego, ponieważ ci panowie często wspólnie tworzą dzieła – jeden jako reżyser, a drugi jako aktor.

Tom Hanks nie musi być kojarzony z Polską tylko przez akcję „Maluch dla Toma Hanksa”, ponieważ za zdjęcia wielu filmów z jego udziałem odpowiadał Janusz Kamiński, jak można się domyślić, Polak.
Spielberg + Hanks + Kamiński = „Most szpiegów”, tacy genialni, a Oscar powędrował w ręce drugoplanowe, bo do Marka Rylance’a i to jak najbardziej zasłużenie.
Dobrze się składa, że trzy osoby, których nazwiska pojawiły się najczęściej w dwóch poprzednich akapitach, mają na swoim koncie wybitne dziecko pod tytułem „Szeregowiec Ryan” z 1998 roku. Filmy dzieli 17 lat i choć wojenny obraz porusza nawet po kilku seansach, to „Most szpiegów”, mimo innego klimatu, nie pozostaje w tyle. Produkcji nie można postawić na tym samym poziomie, lecz obniżka formy jest moim zdaniem niezauważalna.
źródło pixabay.com

Budżet „klasyka filmowego” był o 30 milionów dolarów amerykańskich większy niż nowej produkcji. 40 milionów wystarczyło i nie ma się co dziwić, efekty specjalne tym razem nie były potrzebne, a charakteryzacja i ubiór nie odstawały od współczesnego szablonu.
Często nie zwracamy uwagi na dźwięk, a to dlatego, że jest dobry. Gdyby nie był, irytację zauważylibyśmy bardzo wyraźnie. „Most szpiegów” do złych nie należy. 

Myślę, że wiele osób nie skończyłaby oglądać jakiegokolwiek filmu, który jest „suchy”. Gdy ogląda się film powierzchownie, dopiero po dłuższej chwili orientujemy się o obecności muzyki. Dzieło bez niej można by uznać za definicję wyżej wymienionego słowa „suchy”. Za czasami niezauważalną, niedocenianą, a jakże potrzebną część produkcji odpowiedzialny był Thomas Newman. Co ciekawe komponował również dla klasyków kina, stale utrzymujących się na szczycie dzieł filmowych, a mianowicie „Skazani na Shawshank” czy „Zielona mila”.
Jak napisałam na wstępie, gdy tworzę teksty recenzujące kinowe widowiska, podświadomie ulegam porównaniu do tych, jak to nazywam, „klasyków”. Tym razem, ku mojemu zaskoczeniu, te wszystkie wymienione filmy są powiązane szeregiem twórców. Więc nie ma żadnego przypadku w tym, że „Most szpiegów”, mimo iż nie dołączy do piedestału najlepszych, nie rozczarowuje swoją treścią i sposobem wykonania.
Niewinność i z pozoru lekka naiwność głównego bohatera – prawnika Jamesa Donovana - zmieszana z zapewne łagodniejszym obrazem sowieckiej rzeczywistości, stworzyła fabularyzowaną przygodę z historycznym zabarwieniem.
Według wielu osób, Steven Spielberg notuje spadek formy, Hanks gra we wszystkim co mu zaproponują i te produkcje z wybitnością nie mają już nic wspólnego. Na szczęście ja jestem autorką tego tekstu i mogę się z tym nie zgodzić, ponieważ to kolejny film, który może niezaskakujący, utrzymuje dobry wizerunek współpracy tych panów.


Karolina Zuber

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz