sobota, 11 czerwca 2016

Bez siec


            Dzisiejszy tekst jest trochę kontrą w stosunku do zeszłotygodniowego. Osobiście nie wyobrażam sobie szukania miłości przez internet. Oczywiście, znam kilka małżeństw, które poznały się na portalach pozwalających kojarzyć ze sobą ludzi, nadal jednak mnie to nie przekonuje.
To nie tak, że boję się nowego, wiem, jak wyglądają takie strony. I dla mnie to trochę jak zakupy internetowe. Wybiera się „produkt”, który najbardziej wpasowuje się w nasze oczekiwania, i do dzieła. Celowo użyłam słowa „produkt”, bo czy to trochę tak nie jest? Przecież najpierw wyświetla się zdjęcie, potem opis, a potem można zrobić kolejny krok. Przecież można też ustawić swoje preferencje – wiek kandydata, płeć, wzrost, kolor oczu, czy kto, co tam jeszcze chce. Jak w sklepie internetowym – kolor, rozmiar, cena. Jest to dość oczywiste uprzedmiotowienie, „idealne dostosowanie”, litości. Przecież w miłości nie chodzi o to, żeby idealnie spełniać oczekiwania drugiej osoby, i już w tym punkcie realne randki wygrywają z internetowymi.

Oczywiście, poznając kogoś zawsze najpierw zwraca się uwagę na wygląd, ale w realu nie wie się od razu, czy ten ktoś lubi koty/psy, jest weganinem, uwielbia podróżować etc. Jest pewna tajemnica. Dopiero z biegiem czasu dowiadujemy się takich rzeczy, mamy możliwość wnikliwej obserwacji zachowania drugiej osoby. Internet tego pozbawia. Przecież w wiadomości można napisać wszystko, dostajemy obraz taki, jaki chciała wykreować druga osoba i trochę trudno go zmienić nie mając możliwości własnego oceniania, czy aby na pewno to wyobrażenie nie odbiega od rzeczywistości.
Internetowe randkowanie to trochę asekuracyjna opcja. Dostając wiadomość zawsze mamy czas, żeby najpierw się zastanowić, co odpisać, jak pokazać siebie w najlepszym świetle. Rzeczywista interakcja z drugim człowiekiem jest znacznie mniej przewidywalna, często nie ma czasu na zastanowienie się, człowiek coś palnie, a potem milion razy odbywa w głowie tę samą rozmowę.
Kolejna kwestia: bliskość. Internet stwarza ogromny dystans! Nie mówię o nie wiadomo jakiej bliskości, nie chodzi nawet o chodzenie za rękę. Zakochany człowiek chłonie drugiego całym sobą. Siedząc obok czuje się ciepło drugiej osoby, zapach jej/jego perfum, płynu do płukania/prania itd. Będąc na kawie zawsze można nieostrożnie sięgnąć po cukierniczkę i przypadkiem musnąć tę drugą dłoń, poczuć dreszcze. Nie sądzę, że chciałabym się tego pozbawiać na rzecz emotikon, wyrażających więcej niż tysiąc słów...
Druga osoba zawsze jest ryzykiem, i nie chodzi tu o ryzyko w sensie własnego bezpieczeństwa, co raczej w perspektywie otwarcia się na inność, zaproszenia kogoś do swojego życia. Czy więc na pewno chcemy, żeby ten ktoś został dla nas wybrany przez jakiś algorytm obliczający, z kim będziemy mieli najładniejsze dzieci? Może raczej warto zaryzykować tramwajowy uśmiech, kawę z nieznajomą? 

                                                                                          Zuza Kołodziejczyk

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz