niedziela, 18 października 2015

Jesienne oglądanie

Znowu przyszła do nas jesień. Nieproszona, odrzuciła na bok ciepłe, letnie dni. Książka, koc i kubek herbaty to klasyczny, jesienny zestaw przetrwania. O książkach, które pozwolą nam dotrwać do wiosny pisała ostatnio Zuza Kołodziejczyk. Ja mam dla Was inną propozycję – najlepsze seriale na jesienne wieczory.


Filmy też sprawdzą się, kiedy dopadnie nas deszczowa melancholia. Jednak seriale mają tę zaletę, że trwają o wiele dłużej niż przeciętny film, a tym samym dłużej trzymają nas przy życiu. Jeśli macie opory przed spędzeniem wielu godzin na oglądaniu serialu, to zauważcie, że jesień została stworzona jako pretekst do nic nie robienia. Dlatego zaparzcie sobie ulubioną herbatę, otulcie się kocem i wybierzcie serial na poprawę humoru. 

„Gdzie pachną stokrotki?” (Pushing Daisies)

Mój serialowy numer 1. Amerykański serial komediowy o cukierniku, który posiada niezwykłą moc – jego dotknięcie budzi zmarłych, a drugie odsyła ich z powrotem do stanu nieożywionego. Ma na to zaledwie minutę, po tym czasie umrze ktoś inny. Ned wykorzystuje swoją moc rozwiązując zagadki kryminalne razem z gburowatym detektywem. Wszystko idzie gładko dopóki jedną z ofiar okazuje się być ukochana z dzieciństwa. Brzmi absurdalnie, prawda? I tak właśnie jest. „Gdzie pachną stokrotki” to pełna specyficznego poczucia humoru komedia z bohaterami, których nie da się nie polubić. Dodatkowo oblana sporą porcją uroku i absurdu. Wysmakowana scenografia i piękne ubrania to wisienka na torcie (a raczej pysznym, wiśniowym cieście podanym przez uroczego Neda). Jeśli jesienna rzeczywistość Was przerasta, to ten serial będzie dla Was idealną odskocznią. Uroczy cukiernik szukający morderców wraz z detektywem i dziewczyną-zombie, a to wszystko w świecie pełnym słonecznych kolorów i mody z lat 50.? Czego chcieć więcej? „Gdzie pachną stokrotki” ma tylko jedną wadę – za szybko się kończy.


„Galavant”

Kolejny odrealniony serialowy świat na mojej liście. No chyba, że przystojny dobrze śpiewający rycerz walczący z równie dobrze wyglądającym i śpiewającym złym królem, to dla Was norma. „Galavant” wygląda jak XXI-wieczna wersja „Facetów w rajtuzach” i „Monty Pythona” z większą dawką muzyki. Już po pierwszym odcinku gwarantuję, że będziecie mruczeć pod nosem tytułową piosenkę i śmiać się do rozpuku przy tekście prawdziwie morderczej piosenki: „I want to shoot him with a crossbow” [Chcę strzelać do niego z kuszy]. Po całym sezonie większość z Was będzie wyszukiwać na YouTube piosenek z serialu z wersją karaoke. „Galavant” od początku nie był serialem przeznaczonym dla wielkiej publiki, dlatego bałam się, że przez niską oglądalność zostanie anulowany. Na szczęście serial podbił serca małej, ale wiernej grupy fanów i producentom to wystarczyło (pewnie padli ofiarami uroku Galavanta). „Galavant” rozświetli jesienne wieczory nawet tym, którzy nie przepadają za musicalami.  


„Przyjaciele” (Friends)

Klasyka, o której nie trzeba chyba nawet pisać. Od ostatniego odcinka „Przyjaciół” minęło już 11 lat, a serial dalej bawi. Fenomen, który królował w TV przez 10 lat ustanowił nowe standardy sitcomów. Wydaje mi się, że w każdym ze „współczesnych” popularnych seriali komediowych czuć ducha „Przyjaciół”. „Jak poznałem waszą matkę”, „Teoria wielkiego podrywu” czy moje ukochane „Jess i chłopaki”, czerpią całymi garściami z doświadczenia starszego, serialowego kolegi. I bardzo dobrze. Dzięki temu możemy oglądać wiele ciekawych i zabawnych komedii. Ale muszę przyznać, że chociaż jestem fanem wymienionych wyżej seriali, to zarówno „Jak poznałem waszą matkę” jak i „Teoria wielkiego podrywu” przestały mnie śmieszyć. I w przeciwieństwie do „Przyjaciół”, w którymś momencie przestałam je oglądać. „Przyjaciele” to pozycja obowiązkowa, która nigdy nie straci na ważności. Nawet, jeśli już widzieliście wszystkie odcinki, to co stoi na przeszkodzie żeby zobaczy je jeszcze raz? I jeszcze raz, i jeszcze raz... 


„Uwaga faceci” (Men in Trees)

Zastanawialiście się kiedyś, co by się stało gdyby przenieść „Seks w wielkim mieście” w inne miejsce? Na przykład na Alaskę. Brzmi śmiesznie. I tak właśnie jest w serialu „Uwaga faceci”, który jest połączeniem „Seksu w wielkim mieście” oraz „Przystanku Alaska”. Główna bohaterka jest specjalistką od związków, więc oczywiście jej życie osobiste nie układa się tak, jak powinno. Zdradzona przez narzeczonego ucieka na zimną Alaskę. Do miasteczka, w którym na jedną kobietę przypada 10 mężczyzn. Tam poznaje przystojnego drwala (który nie jest drwalem, ale wygląda jak typowy drwal z seriali). Tak to się zaczyna. Kilka standardowych zagrań komediowych, później mamy oczywisty happy end. Co nie zmienia faktu, że odcinki pomiędzy pierwszym i ostatnim ogląda się naprawdę dobrze. Poza tym zawsze człowiekowi cieplej się robi, kiedy widzi, że gdzie indziej jest o wiele, wiele zimniej. 


„Pensjonat pod różą” 

Coś z naszego podwórka. „Pensjonat pod Różą” to taki serial, po którym od razu robi się cieplej na sercu. Właścicielką tytułowego pensjonatu jest Iwa i to losy jej oraz dwóch przyjaciółek poznajemy w serialu. I chociaż od pierwszego odcinka kibicowałam Iwie i Ksaweremu, to nie jest to serial komediowy, a obyczajowy. Obok losów głównej bohaterki toczą się losy pensjonariuszy. Czasami są to historie zabawne, kiedy indziej tragiczne. Jednak nawet, kiedy serial porusza kwestie poważne i kontrowersyjne, to „Pensjonat pod różą” dalej pozostaje miejscem pełnym ciepła i bezpieczeństwa. Tak, jak szpital w Leśnej Górze leczył nie tylko ciała, ale i ducha pacjentów, tak ten pensjonat pomoże każdemu w wyjściu z problemów. W takim pensjonacie każdy z nas powinien zaszyć się chociaż na jeden jesienny wieczór. 


„Unbreakable Kimmy Smidt”

Pamiętacie końcówkę lat 90.? To teraz wyobraźcie sobie, że idziecie wtedy z domu do szkoły. I pewnego dnia zostajecie porwani przez zwariowanego przywódcę sekty, który więzi Was wraz z trzema innymi kobietami. Po kilkunastu latach nadchodzi ratunek i stajecie twarzą w twarz z nowymi mediami, samochodami na prąd i całym XXI-wiecznym rozwojem technologicznym. Brzmi przerażająco, ale Kimmy Smidt podchodzi do tego z uśmiechem na ustach. Bo jak inaczej miałoby to wyglądać w komedii, za którą odpowiedzialna jest Tina Frey? Kimmy odkrywa świat na nowo i robi to z dziecięcym zachwytem, którego jej zazdroszczę. Kiedy ostatnio jedliście żelki na obiad, kupiliście świecące buty lub ubrania w neonowych kolorach? Może tej jesieni, kiedy już skończy się Wam herbata i wyjdziecie spod koców, czas wziąć przykład z Kimmy? Ubrać się w kolorowy płaszcz, neonowe rękawiczki i zjeść słodycze przed obiadem, uśmiechając się radośnie do przechodniów? 



Ola Kalita

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz