sobota, 27 czerwca 2015

Jak Wokulski został gwiazdą internetu — historia prawdziwa

Jaki to przedsiębiorczy mężczyzna, jaki romantyczny, jaki intrygujący. Ach, ten Wokulski! Jak on to robi, że niezmiennie od ponad stu lat wzdychają do niego wszystkie panny i mężatki (no może poza jedną) i ciągle jest o nim głośno? 

Fotos z filmu „Lalka”, Mariusz Dmochowski jako Stanisław Wokulski, reżyseria: Wojciech Has, 1968
Kiedy w latach 1887 – 1889 na łamach „Kuriera Codziennego” ukazywała się w odcinkach najnowsza powieść Bolesława Prusa pod tytułem „Lalka” nikt nie spodziewał się, że jej bohaterowie będą podbijać serca i odżyją na dobre w ludzkiej świadomości ponad wiek później, kiedy czytanie, pisanie i tym podobne rozrywki nie będą w kraju nad Wisłą zbyt popularne (przynajmniej według statystyk).

Pan popularny
Ale stało się. Świat na nowo odkrył Stanisława Wokulskiego — największego polskiego romantycznego pozytywistę, tudzież pozytywistycznego romantyka. A to wszystko dzięki Facebookowi (czyli jednak nie jest to do końca szatańskie narzędzie, jak twierdzą niektórzy). Tu stary dobry Staszek, mówiąc kolokwialnie, rządzi. Jego stronę polubiło już ponad 76 tysięcy użytkowników. Tak. To w skali Facebooka nie najgorszy wynik. No dobrze, do Roberta Lewandowskiego i jego żony Ani trochę mu brakuje, ale Donalda Tuska przegonił już dawno. Poza tym, ten tłum fanów naszego literackiego celebryty nie zmieściłby się nawet na Stadionie Narodowym...

Dlaczego Wokulski?
Jakim cudem spośród wielu fikcyjnych bohaterów na biało-niebieskim portalu to akurat Stanisławowi wiedzie się tak dobrze? Po pierwsze jego alter ego spisuje się świetnie. Kreacja Wokulskiego w social mediach zasługuje na oklaski. Stanisław z Facebooka jest ironiczny, jego riposty są cięte jak brzytwa i co najważniejsze, naszego bohatera cechuje inteligentne poczucie humoru (a to się ceni), ale bywa też (jak ten Stanisław z powieści) pełen sprzeczności, zdarzają się mu smętne, tęskne wpisy jak to na romantyka przystało. W każdym razie, to wszystko przemawia do współczesnego człowieka, który z takim Stanisławem może nawet trochę się utożsamia. Po drugie sama „Lalka” już od wydania budziła dyskusje i kontrowersje. Kiedyś spierano się, o co tam tak naprawdę chodziło, jak zinterpretować zakończenie, dziś dyskutuje się chociażby o tym, czy znów na maturze trzeba będzie wgłębiać się we fragment powieści i pisać o tym, jaką ta Izabela Łęcka złą kobietą była. Trzeba też przyznać, że Prusowi udało się stworzyć dzieło uniwersalne. Takie, które albo pokochasz, albo znienawidzisz, takie obok którego nie przejdziesz obojętnie. Dowody? Poniżej i oczywiście na Facebooku.


Komentator rzeczywistości
„Spadłem z huśtawki marzeń. Wasz Stanisław” —  pisze nasz bohater 21 czerwca. Pod wpisem od razu pojawia się wiele zabawnych odpowiedzi: „Nie ty jeden”, czy „Waćpan spadłeś z huśtawki marzeń, a Izabela na samo dno. Taka prawda!”. Ponadto Wokulski trafnie komentuje otaczającą rzeczywistość, m.in. słynną kampanię „Nie odkładaj macierzyństwa na potem”. Bo przecież Izabela też nie zdążyła. I nie zdążyła również (o dziwo) roztrwonić całego majątku Wokulskiego. Wydarzenia sportowe, polityka wszystko da się opisać w kontekście „Lalki”. „Lionel Messi > Izabela Łęcka” — pisze Stanisław po kolejnym świetnym meczu Messiego, komentujący nie pozostają dłużni: „on wykiwał czterech, a ona tylko Ciebie...”.

Źródło: Facebook
W tym szaleństwie jest metoda. Nie wiadomo ilu z tych 76 tysięcy fanów naprawdę przeczytało powieść Prusa, ale sam fanpage nie dość, że mocno angażuje, to jeszcze popularyzuje czytelnictwo i wychodzi z klasyką do tych, którzy zazwyczaj wszelkie „Lalki”, „Potopy”, „Przedwiośnia” i inne takie uważają za zło wcielone. Patrzcie, jaki fajny ten XXI wiek, nagle książka zaczyna żyć drugim życiem, a Stanisław Wokulski, jak zwykle pełen uroku, dzieli się z nami swoimi rozterkami i z dnia na dzień staje się literackim celebrytą (nie bez przyczyny, w polskiej kulturze masowej jest zresztą symbolem przedsiębiorczości). Takie rzeczy tylko na Facebooku...

Justyna Kępa

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz