niedziela, 22 marca 2015

Jednolita cena książki lekiem na nie-czytanie?

Autorzy, wydawcy i księgarze, czyli środowiska związane z rynkiem książki przygotowały projekt ustawy o jednolitej cenie książki, a gdzie w tym wszystkim sytuuje się zwykły czytelnik? Problemowi przyjrzała się Zuzanna Kołodziejczyk. Zapraszamy do lektury! 


Od kilku miesięcy rozważana jest (a ostatnio już nie tylko rozważana...) ustawa wprowadzająca ujednolicenie cen książek. Polska Izba Książki uważa, że to działanie wpłynie zarówno na korzyść wydawców (oczywiście głównie mniejszych, żeby wielkie złe sieciówki nie mogły ich zaszachować niższymi cenami nowości), jak i czytelników, bo przecież teraz w księgarniach na półkach stoją same bestsellery, a gdzie miejsce na książki „ambitne”? 

Według zwolenników ustawy do zysków płynących z jej wejścia w życie należy przede wszystkim fakt, że dana książka przez 12 miesięcy będzie mieć jednakową cenę w każdej księgarni. Nie można także zaprzeczyć, że ustawa ma rzeczywisty wpływ na rynek książki, gdzie faktycznie „większy” ma lepiej, bo nie musi aż tak przejmować się intratnością trzymania na półkach danej pozycji. Trzecim punktem, przemawiającym za wprowadzeniem tego prawa, jest oczywiście równanie do Europy, która już dawno wprowadziła takie regulacje.

Dlaczego w rzeczywistości nie wygląda to tak pięknie? Przyjrzyjmy się, co się stało w państwach,  w których rozporządzenie już uchwalono. Otóż np. w Izraelu, po roku od wprowadzenia ustawy, czytelnictwo (mierzone kupowaniem książek) spadło o jakieś 35%. No cóż, biorąc pod uwagę fakt, że i tak jesteśmy w czytelniczym ogonku Europy, to chyba jednak jest to strzał w stopę...

Moje wątpliwości  budzi również argument mówiący o tym, że małe księgarnie skorzystają na nowym rozwiązaniu. Osobiście zastanawiam się nad sensem zapowiadanej rewolucji. Od jakiegoś czasu dużą popularnością cieszą się zakupy w księgarniach internetowych, które swój sukces zawdzięczają głównie cenom, często znacznie niższym niż te oferowane  przez księgarnie stacjonarne. Dlaczego podaje ten przykład? Trzeba mieć świadomość, że ustawa obejmuje wszystkich, więc ma  wpływ zarówno na małe księgarnie, ale także i na te z siedzibą w sieci, gdzie promocja goni promocje... 

Wprowadzenie ustawy obejmuje również dyskonty, bo nie zapominajmy, że i one od jakiegoś czasu dystrybuują książki. Wiąże się to bezpośrednio z jeszcze większym (czy to w ogóle możliwe?) spadkiem czytelnictwa wśród zwykłych Kowalskich. Bo np. taka pani Halinka szła na zakupy po sałatę, ale jeżeli spotykała na swojej drodze bollywoodzki romans za 5 zł, to również lądował on w koszyku. Teraz, kiedy pani Halinka zobaczy, że kolejna część jej romansu kosztuje już 25 zł, to możecie być pewni, że kupi 4 czekolady więcej i nigdy się nie dowie, czy przystojny szejk ożenił się z biedną Izaurą. 
 
Ustawa oczywiście najbardziej uderza w zwykłego czytelnika, ale nie tylko. Nie zapominajmy o tym, że biblioteki do tej pory wybierały najtańsze księgarnie, często internetowe, oferujące bardzo duże rabaty. Nie dziwi to szczególnie, kiedy ma się świadomość, jakim budżetem dysponuje przeciętna biblioteka. Teraz będzie on jeszcze mniejszy, bo chcąc kupić nowości będzie  musiała wydać przykładowo dwa razy tyle, co przed ustawą. Ta bowiem mówi, że owszem, biblioteka rabat otrzyma, ale na bardzo niskim poziomie, wynoszącym  jakieś 5%... 

W obliczu takich argumentów trudno mówić o ratowaniu czytelnictwa, a taka idea przyświecała twórcom ustawy. Kto do tej pory nie czytał i nie kupował książek dalej nie będzie tego robił. Ci zaś, którzy czytali i już pogodzili się z podniesieniem stawki VAT na książki, mogą raczej poczuć się zniechęceni, niż zachęceni do dalszego kupowania.

Zuzanna Kołodziejczyk

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz